26 kwietnia 2026

Dziki koń- powrót na misje 

Ktoś mnie kiedyś zapytał czy wracając po siedmioletnim pobycie w Polsce do Ghany, czuję się jak misyjny nowicjusz? Odpowiedziałem wtedy tak:

Misjonarz jest jak dziki koń złapany na prerii. Ten, kto go złapał oswoił konia a zwierzę przyzwyczaiło się do tego, że teraz jest w stajni, nie musi się martwić ani „o wikt, ani o opierunek”, pokornie ciągnie kolaskę i pozwala swojemu „właścicielowi” założyć mu na grzbiet siodło i jechać na nim wierzchem. Wszystko pomiędzy koniem a jego właścicielem układa się bardzo dobrze, dopóki ten koń nie znajdzie się ponownie na prerii. Bo, wtedy koń podnosi głowę i czuje targający jego grzywę wiatr, który zaprasza go, aby pobiegł razem z nim tam, gdzie „widzenie” kończy horyzont. Koń potrząsa głową, ogląda się do tyłu, jakby chciał podziękować człowiekowi, który go karmił i udomowił i z radosnym rżeniem podnosząc kopyta dołącza do wiatru by razem pędzić tam, gdzie Niebo łączy się z Ziemią.

Takie jest życie misjonarza, człowieka, którego Pan Bóg powołał do „życia wśród ludzi, dla których on się narodził”. Myślę, że ja urodziłem się dla ludzi z Północnej Ghany. Doświadczyłem tego bardzo mocno, kiedy w 2024 roku przyjechałem na zaproszenie Biskupa Diecezji Yendi na obchody Srebrnego Jubileuszu istnienia Diecezji, której byłem jednym z założycieli. Spotkając ludzi, którym nierzadko jako pierwszy głosiłem Słowo Boże, czułem jak gorący wiatr wiejący z Sawanny ponownie porywa mnie tam, gdzie „Niebo łączy się z Ziemią”.

Seminarium

Do Ghany wróciłem w listopadzie 2025 roku i zostałem przeznaczony do pracy w Werbistowskim Seminarium w Tamale. Jestem tutaj administratorem finansowym trzydziesto-cztero osobowej wspólnoty i kierownikiem duchownym naszych studentów. Poza „liczeniem pieniędzy” dwa razy w tygodniu głoszę „naszej młodzieży zakonnej” konferencje duchowe i pomagam im w rozwiązywaniu problemów, które napotykają na początkach „misyjnej drogi” na którą powołał ich Bóg.

Jest mi tutaj dobrze, moi współbracia wspomagają mnie jak tylko mogą. Czasami mam nawet wyrzuty sumienia, że wykorzystuję ich dobroć i oddaję się usprawiedliwionemu lenistwu. Obecność młodych ludzi sprawia, że w swoim dojrzałym, żeby nie powiedzieć starczym już wieku odzyskuję na nowo młodzieńczą fantazję pozwalającą mi rozwijać w dalszym ciągu „mój sen” o misjach, o miejscach, gdzie Niebo łączy się z Ziemią.

Regularność, seminaryjnego życia pozwala na nowo odkrywać wartość wspólnotowego życia nacechowanego codzienną Eucharystią i wspólną modlitwą. Myślę, że ten wspólnotowy akcent w z obecnym moim życiu czyni niektóre prace, które kiedyś wydawały się uciążliwe i właściwie niepotrzebne momentem, w którym znajduję miłą sercu aprobatę otaczających mnie ludzi.  I tak na przykład sprzątanie biura, które w przeszłości było czymś zbędnym, teraz stało się prawie moim codziennym rytuałem. Dlaczego? Jak słyszysz prawie od każdego wchodzącej do biura; „Oh, jak tu czysto i wszystko poukładane na swoim miejscu. Muszę się zabrać za siebie i posprzątać mój pokój”. To czujesz nie tylko dumę, ale i chęć zaimponowania czymś nowym. A to w moim wieku, powoduje, że chce się żyć i daje poczucie bycia potrzebnym.

Otaczająca mnie młodzież, która ciągle pyta o jakieś szczegóły z życia o „tamtych dniach” kiedy było się młodym a oczy wiary i misyjnego zapału widziały wyraźnie ślady Chrystusa, za którym się szło tam, gdzie o Nim jeszcze nie słyszano pogłębia to poczucie bycia potrzebnym.

A sama młodzież?

Tyle się słyszy i tyle się powiedziało jaka ta nasza młodzież dzisiaj jest. My ludzie mojej generacji mówimy, że nie rozumiemy dzisiejszej młodzieży. Po pięciu miesiącach bycia z nimi, chociaż nie mogę powiedzieć, że ich znam, ale powiem szczerze oni nie są źli, są dobrzy, gotowi pomóc i są otwarci na drugiego człowieka, obojętnie kim on jest. Wystarczy ofiarować im trochę czasu, trochę słów, które nie brzmią jak nauka albo polecenie. Dać po prostu słowo, które brzmi „ot tak” jak słowo skierowane do kogoś takiego jakim sam jestem, a wtedy się odkrywa, że oni też chcą pobiec tam, gdzie Niebo łączy się z Ziemią.

Modlitwa

Myślę, że każdy z nas

 

Oczywiście pozostał „wiejący na mnie wiatr znad Sawanny” więc jeżdżę do okolicznych wiosek, gdzie żyją małe grupy chrześcijan z plemienia Dagombów i odprawiam Msze święte dla nich.  W Ghanie Dagombowie są powszechnie uznawani za wyznawców Islamu. Muszę się przyznać, że przez 30 lat podzielałem tę opinie, ale teraz widzę, że są wśród nich bardzo głęboko wierzący chrześcijanie. Powoli też zaczynam odkrywać smutną prawdę, że jest to społeczność doświadczająca wielu trudności zarówno ze strony muzułmanów, jak i kościoła, który widząc ich „biedę” jakby zapominał o nich w swoich planach duszpasterskich.

Niedzielę Wielkanocną spędziłem w Napayili. Jest tam jedna z większych Dagomba wspólnot katolickich, około 40 osób, w tym 18 komunikantów. Odprawiałem dla nich Mszę św. po angielsku a oni odpowiadali w dagbani, kazanie tłumaczył katechista. Ludziska modlili się i śpiewali lokalne pieśni wielkanocne przerywane radosny okrzykiem Alleluja. Muszę powiedzieć, że bardzo się cieszyli, bo mieli na tę najważniejsza niedzielę w rok sami. Do naszego domu przyjechało jednak dwóch księży studiujących w Rzymie więc zdecydowałem, że pojadę do Napayili. Jako dary na ofiarowanie przynieśli świece, zapałki, nowy obrus na ołtarz, kadzidło, i butelkę wody. To było ofiarowane z myślą o Panu Bogu. Oczywiście pomyśleli również o mnie, bo kiedy pojawił się samochód przed kaplicą i ksiądz, który z niego wyszedł ktoś pobiegł do pobliskiego domu i przyniósł koguta miskę fasoli.  Kiedy po modlitwie wiernych przynosili w precesji dary ofiarne to wręczając mi koguta i fasolę mówili; „To dla księdza”.

Po skończonej Mszy św. przewodniczący wspólnoty poprosił abym pobłogosławił śniadanie, które jako wspólnota chcieli wspólnie zjeść po Mszy św. Ponieważ nikt nie wspominał nawet słowem o tym abym zjadł to śniadanie z nimi zapytałem ich a co ze mną, czy jestem zaproszony? Katechista popatrzył na mnie i powiedział:

- „Biały człowiek nie je z czarnymi”.

Zapytałem więc, kto mu to powiedział? Odpowiedział uśmiechając się, że jeżeli chcę z nimi jeść to będą bardzo szczęśliwi. Tak więc zostałem z nimi aż do południa jedząc świąteczny ryż z smażoną na oleju kurą i popijając ich lokalnym bezalkoholowym napojem „sobolo”. Ciekawy jestem, czy zaproszą mnie, abym usiadł i napił się z nimi „sobolo”, kiedy za dwa tygodnie znowu do nich przyjadę.

 

 

 

Adres

 

ul. Księcia Witolda 2a, Ełk, Poland

Kontakt

 

+48 607 862 464

k.kozkowna2023@gmail.com

Nr konta parafii

 

Bank PKO BP 

52 1020 4724 0000 3102 0028 3887

Wszystkie Prawa Zastrzeżone ©